sobota, 8 maja 2010

maj na Międzyodrzu





 



„Maj nad Odrą Zachodnią”



 



 



Chory zdrowieje, głuchy odzyskuje wzrok, a niewidomy słuch, albo odwrotnie. Trudne staje się łatwym, a niemożliwe błahostką. Do własnej żony mówimy „Kochanie”... Jakiś cudowny lek? Wizyta filipińskiego uzdrowiciela?

Nie. To zdrowa reakcja na wieczorny telefon od Przyjaciela, który mówi gorączkowo „Stary, taka pogoda, jutro o wpół do czwartej...”. Niepotrzebne budziki, włączone radio, szturchanie i ściąganie kołdry przez najlepszą z Żon... Budzisz się rześki i gotowy na kwadrans przed zegarową pobudką. Sprawnością, z jaką poruszasz się po ciemnym mieszkaniu zadziwiłbyś samego Winnetou. Kanapki już wczoraj przygotowane, więc tylko zalać wrzątkiem herbatę w termosie... No nie, za dużo wody. Odlewasz tak ok. 150 gram, bo się nie zmieści. Hmm, teraz to ma zapach. „Seniorita” to jedyna kobieta tolerowana nad wodą. Chlebak dopięty, więc jeszcze patyki, na siwiejący łeb czapka, co to pod żadnym pozorem prać jej nie należy i hajda!

Nad ulubiony brzeg odrzański trafiasz jeszcze po ciemku. Uroczy, głęboki jar wcinający się w wysoki brzeg Odry Zachodniej sprowadza cię nad wodę prawie naprzeciw ulubionej śluzy. W nadbrzeżnych zaroślach hałas jak na targowisku. Maj to najgłośniejszy miesiąc na tych terenach. Tysiące gardeł na wyścigi zapewniają o swej dozgonnej miłości, niedoścignionym sposobie budowania gniazda i niespotykanej wprost przydatności do przedłużenia gatunku właśnie z nim, największym krzykaczem. Do drących się pod niebiosa słowików dołączy niebawem czereda innych napaleńców niezliczonych gatunków, różnych wielkością i siłą rażenia. Niech no tylko wstanie słonko... No właśnie! Trochę przyspiesz, bo jak wstaje, to najlepiej cmokają pasiaste, a ty tutaj o ptaszorach...

Cichutko, by nie zagłuszać tego najpiękniejszego koncertu świata wyciągasz sprzęt i klniesz w duchu, że jeszcze nie wymyślono sposobu, by bez hałasu napompować ponton. Odrzański nurt żywy, co napawa nadzieją na schodzącą z kanałów wodę, a przy takiej cyrkulacji jest szansa na „eldorado”. Pompuje się głośno, ale jak już siedzisz na wodzie, to właśnie ponton jest najdoskonalszy. Cichutko zanurzasz wiosła bez większego wysiłku przeprawiając się na drugą stronę Rzeki. Od czasu do czasu sprzed dziobu, niczym słodkowodny delfin, przewali się grzbiet leszczowej łopaty. Na bystrzach chlapnie nieśmiało boleń, a przy trzcinie sypnie jak śruciną po wodzie stadko spłoszonej drobnicy. Ptaki leśne zostały ze swoimi trelami na lesistym brzegu, tu na środku wody obowiązki orkiestry zaczynają pełnić trzciniaki, perkozy, łyski.

Po kilku minutach, dopływając do śluzy z tradycyjnym niepokojem wypatrujesz obecności tuziemskich sieciarzy...Uff, dziś się udało. Jesteś pierwszy - jak pospali niech żałują. Oni będą musieli uszanować twoje łowisko. Kłusole, ale resztki honoru im zostały. Jeszcze rzut oka na Rzekę, I wreszcie jest Ona. W resztkach nocnej mgły porozrywanej pierwszymi, porannymi podmuchami wiatru, w szarościach wstającego dnia wyłania się stara, poniemiecka śluza – brama do Raju. Za nią krótki 150-metrowy, płytki kanałek, a potem labirynt wędkarskich marzeń: dziesiątki kilometrów kanałów Międzyodrza. Tą chwilę lubisz najbardziej. Widok na prostkę za śluzą , na toń nie spłoszoną jeszcze żadną łodzią, żadnymi wędkarzami. Z lewego brzegu przy zwalonej wierzbie jak zawsze zrywa się czapla. Czasem słychać klaśnięcie bobrzego ogona. To ten stary samiec, który rok temu płynąc mocno zamyślony nieomal walnął łbem w twój ponton. Wysokie, betonowe ściany śluzy zwielokrotniają echo rybich ataków. Wartka woda niesie kępy trzcin i patyki.

To dobry znak – będzie łowienie. Jeszcze tylko najtrudniejsza przeprawa przez wąskie gardło zdewastowanej metalowej bramy i prowadzony śmigłym lotem zimorodka wypływasz na spokojniejszą toń kanału... 30 metrów za betonową ruiną pierwsza kotwica. To skrywany przez lata patent. Większość wędkarzy zapuszczających się te rejony odpuszcza sobie ten z pozoru nieciekawy, płytki odcinek. A ty wiele razy musiałeś kombinować, jak ukryć drgającą słodkim ciężarem wędkę przed ciekawskim okiem dresiarza wpływającego na pełnym gazie johnsona w swoim plastikowym cacku mimo zakazu używania silników spalinowych na terenie Parku Krajobrazowego. I tak niezliczoną ilość razy zbierałeś plastiki i flaszki po kolegach z nadodrzańskich przystani....Ale to inna bajka. Ponton kołysze się leciutko przy burcie, ty zapalasz papierosa rozkoszując się tą najprzyjemniejszą z wędkarskich chwil: obserwacja wody tuż przed pierwszym rzutem. Nie ma Przyjaciela z którym zawsze, dla jaj ścigacie się o ten "pierwszy" rzut, nie ma innych wędkarzy zakłócających czasem tok obserwacji. Jesteście tylko ty, woda i... Acha, z drugiego brzegu przygląda ci się sceptycznie para kun, którym zepsułeś poranne igraszki z hormonami. No, ale taka widownia jest mile widziana.

TRZASSSK!!!! Papieros mokry, serce trzepocze jak oszalałe... Te bolenie to w nos potrafią się śmiać. Ale pamiętają chyba wiosnę sprzed kilku lat, kiedy to od odczepiania kilkunastu sztuk rozbolały cię plecy, a miejscowi obserwujący te zmagania z nabożeństwem przy czwartej wypuszczonej rybie popukali się znacząco w czoło, splunęli i chwalić Pana odpłynęli. Kolejne plaśnięcie w głównym warkoczu nurtu. 40 metrów dalej pod trzciną chlupnął tłusto szczupaczek...Chyba się zaczęło? Ty jednak czekasz na znajome cmokanie. Nie to byś był taki całuśny, ale ten dźwięk jest najmilszy dla każdego miłośnika okoni. A maj to wbrew zwyczajom twoja ulubiona pora na pogoń za paskami...Tu, w płytkim kanałku Międzyodrza, mają swoje zwyczaje i przyzwyczajenia. Obserwowałeś je przez lata, ale te nieudane wyprawy, a było ich niemało, w końcu przyniosły rezultaty. Jest raniutko, nikogo naokoło, myślę, że możesz kilka sprawdzonych patentów odkryć.. No, dalej przecież nikt nie słyszy...


...dłonie grzeje kubek z gorącą, zaprawianą herbatką. Majowe ranki potrafią być jeszcze całkiem chłodne, ten fakt zdaje się potwierdzać i para z twoich ust i skostniały kormoran rozścielający swoje krótkie skrzydła w stronę młodego, dopiero co budzącego się bladego słonka. No mów. Ani ptak, ani słonko nie zdradzą przecież, że najlepiej podawać przynętę pod prąd. Tym lepiej, jak jest dość spory. I najpewniej wlec ją wolniutko przez usiane patykami i muszlami racicznicy dno. Po kilku rzutach doskonale odróżnisz ekscytujące na początku zaczepy i przyhaczenia od prawdziwego zassania małego, żółtego ripperka z czerwonym grzbietem przez pasiastą kluchę. Brania są tu pewne i te z tych od razu ostro drgających. Długo to trwało nim przekonałeś się na własnej żyłce, że częstotliwość brań drastycznie się zwiększy jeśli wyeliminujesz i przypon i agrafkę. No pewnie, bywa uderzy szczupaczek, ale nigdy większy niż 1.5 – 2 kg i nigdy nie zagryzie głęboko. Mały haczyk gumki trzyma potwora zazwyczaj delikatnie za skórę i dopiero jest frajda na ciągnącym nurcie podprowadzić szczupłego do burty.



Gdyby te wszystkie łyski, krzyżówki czy perkozy umiały bić brawo... no, dobra, równie głośno by było, gdyby umiały gwizdać... Faktem jest, że porażek było tu niemało. Dni, po których zmęczony i zły mówiłeś sobie „ nigdy więcej”. Wypraw które kwitowałeś krótkim, żołnierskim słowem. I wydawało ci się, że tu nie ma ryb. Że te miejsce jest do... Okazało się, że i miejsce dobre, i ryb w obfitości, tylko łowca jakiś taki... Tak, małe gumki to był strzał w 10. Koniecznie żółte z czerwonym, lub czarnym grzbietem i najmniejsze zielone żabki mannsa z białym brzuszkiem. I TYLKO TAKIE !!! Na czym polega ten fenomen?


Próbowałeś najlepszych meppsów, rodzimych wynalazków fachowców od okoni, woblerków (czasem niezłe były maleńkie jugolki), ale tak naprawdę wymarzone były tylko te dwa modele i tylko w tych kolorach. Czy to podobieństwo do naturalnego pokarmu? Raczej nie. Okoniska wypchane bywają ciemnymi raczkami, ciernikami, styneczką... Niezbadane są karty menu odrzańskiej stołówki. Podczas jednej z twoich wypraw niespodziewanie napłynął Cię starszy jegomość spływający z nurtem z głębi kanałów. Musiał obserwować cię od jakiegoś czasu, bo już nie uwierzył, że „ee tam, nic nie bieeerze...” tylko gorączkowo chlapnął ogromną kotwicą trzy metry od ciebie i zaczął od gnoma trójki wbijanego nieomal w te same miejsca, gdzie podawałeś jak najciszej swoje paprole. Co się bidula napocił i naklął. Nawyciągał obrosłych muszlami patyków holując je na grubym sznurku zwanym żyłką z wypiekami łowcy na twarzy. Od jego orki, śluzą zaczął spływać mulisty szlam, co jak okazało się nieco później, przyniosło nadspodziewanie dobre rezultaty. Po pół godzinie pan łowca odpłynął warkocząc na pożegnanie swoimi silnikami, a ty po kilku minutach wróciłeś do połowu stwierdzając, że takie przeoranie dna znakomicie zwabiło białoryb, za którym podążyły okonie. To też była lekcja. Ważna.



Z odrzańskiego nurtu dobiega cię szum silników. To wycieczkowo-alkoholowy „Adler” - statek kursujący po obrzeżach Parku Krajobrazowego Doliny Dolnej Odry - który tu, na szerokim zakolu Rzeki, sześć razy dziennie dokonuje manewru zawracania. Widać to doskonale, a nawet można policzyć. Po zwalonych do Odry olbrzymich drzewach podmywanych od kilku lat przez maszyny kursujące z o wiele większą niż dopuszczalna prędkością. Fala manewrującego „Adlera” rozbija się z hałasem o betonowe burty śluzy, a ich ślady rozchodzą się jeszcze długo po spokojnej wodzie kanału. Ta handlowa działalność białej floty i dynamiczny rozwój motorowej turystyki wodnej poradzą sobie na pewno z kruchą równowagą nadodrzańskich ostępów. Zmieniają się brzegi, zmienia obsada nadbrzeżnych roślin i świata zwierząt. Słyszałeś o planach budowy terminalu dla promów w Moczyłach. To zaledwie kilometr od miejsca, w którym kołysze się twój ponton...

Kiedy ponad trzydzieści lat temu wpływałeś po raz pierwszy w śluzę na starym, sklejkowym kajaku, przedzierałeś się przez zarośniętą roślinnością budowlę jak w Amazonii. Jurek Kosycarz, fotograf Przyrody i wielki znawca tych terenów odkrywał przed tobą stary czapliniec, zasiedlone od lat gniazdo rybołowów, z daleka przez ruską lornetkę podziwialiście kołujące bieliki, a z trzciny dobiegało miarowe buczenie bąka. To w Jurkowej chałupinie zbudowanej wspólnymi siłami różnych ludzi siedzieliście długie wieczory zasłuchani w opowieści o Ptakach, Rzece i Ludziach. To tam poczułeś smak prawdziwej Miłości do Międzyodrza i jego mieszkańców. Dziś okoliczne zarośla śluzy są przetrzebione przez szukających drewna na ognisko, ryby mniejsze i bardziej płochliwe, a ptaki ...Te o dziwo się ostały i to w niezłej nawet kondycji, bo to i orły często pokrzykują do siebie i kanie. O trzcinowo-szuwarowym drobiazgu nie wspominając. Tylko Jurkowi los pokrzyżował plany zatrzymując Go w półkroku Życia. Ale jak wierzysz głęboko, czuwa gdzieś tam wśród skrzydlatej czeredy patrząc uważnym wzrokiem na umiłowane tereny i ludzi.

„Czerk, czerk, czeerik!” na chybotliwej trzcince niepozorny ptaszek ze zręcznością linoskoczka kołysze się leciutko gapiąc paciorkowatymi oczkami na przybysza w pontonie. „No cześć Byku jeden!” z uśmiechem na wąsatej twarzy przepycha się przez wąskie gardło śluzy Lutek, najlepszy Przyjaciel z wypraw na naszą ulubioną wodę. „ Już połowiłeś?” pyta zazdrośnie. Ale odpowiedź zna. Starczy popatrzeć na Twój rozmarzony wzrok, na kubek w dłoni i spokojny warkocz spływającej wody. Wody jeszcze dziś dziewiczej, kryjącej jak zawsze ten największy, najwspanialszy Połów Życia. To tym razem. Dziś. Na pewno!!! „Chłopie , jak tam na rogu bolenisko wali!!! Dawaj herbaty, ja tam wracam, a ty sobie skub te drobiazgi”. I to właśnie całe łowienie z Lutkiem. Nie musi być tuż obok. Wystarczy świadomość, że jest tam za rogiem, z drugiej strony wysokiej grobli, że słyszę jego gromkie kichanie lub jakąś cholerę kwitującą albo zmarnowane pobicie, albo piękny taniec boleni... Z pozoru szorstki i nieprzemakalny, ale w środku dusza dziecka potrafiąca w zachwycie zagapić się na długie minuty, gdy nad trzcinami rozpoczynają swój taniec ważki i motyle. Tyle wspólnych chwil na wodzie, wspaniałe hole i wstydliwe porażki, radości i gorycze, cała gama najpiękniejszych wspomnień Wędkarza. Jesteś z Przyjacielem na ulubionym łowisku! Co więcej potrzebne do szczęścia? Może tylko ciąg dalszy, który nieuchronnie nastąpi....

Ludwik z linką kotwicy gotową do natychmiastowego opuszczenia powoli spływa w stronę Odry. Przypomina ci to jakże opłacalny dzień, kiedy korzystając z kompletnego braku zainteresowania ze strony ryb, spłynęliście powolutku cały kanał ostukując centymetr po centymetrze dno. Pewnie, co roku zmienia się wypłukiwane, lub zamulane wiosennymi przyborami wód, ale te dwa wymacane dołki, czy garbik pod wierzbą trwają niewzruszenie dając przewagę nad innymi wędkarzami. Zresztą, doceniając wagę takiej wiedzy, powtarzacie ten rytuał co roku na każdej pierwszej wyprawie.

Echosondy? Kto by się na tym diabelstwie rozeznał? Ciężarek na sznurku i ręka, która wyczuje każde zamulenie, każdą miękkość, czy skupisko kamieni. A teraz wiesz, że kiedy przynęta zbliża się do tego krzaka łoziny, to czas wzmóc jeszcze bardziej czujność, bo tuż za garbikiem zatrzymującym patyki i zielsko, czai się garbusik by zassać zachłannie niemrawo spływającą gumową rybkę... Tyle razy czytałeś o konieczności poznania łowiska, o błogosławieństwie umiejętności czytania wody, ale dopiero po latach, właśnie tu doceniłeś korzyści z tego płynące. To w dogłębnym (he, he) tego słowa znaczeniu cała „tajemnica” wędkarskich Mistrzów łowiących okazy w miejscach omijanych przez innych, miejscach które znają do dna. Poznawanie - największa tajemnica wędkarstwa!

Poznawanie nie tylko zwyczajów ryb, lecz także całego środowiska wodno-lądowego, w którym przebywasz. Jak inaczej zaczęły wyglądać wędkarskie wyprawy od kiedy wiesz, że ta przepływająca, niepozorna roślinka to salwinia pływająca, rodzaj rzadkiej, chronionej prawem paproci, a wibrujący, beczący dźwięk dobiegający cię całą wczesną wiosnę, to tokujący lot kszyka i charakterystyczne furkotanie lotek jego ogona. A te miękkie zielonkawe gałązki czepiające się haczyka? Jak ucieszyła cię wiedza, że to gąbka słodkowodna występująca w wyjątkowo czystych wodach. Przyroda nie straciła na swej tajemniczości w chwili, gdy zacząłeś poznawać jej tajniki. Ba, w wielu przypadkach twoja wiedza pomogła ci oczekiwać na wydarzenia, które zazwyczaj umykały twojej uwadze.

I tak zaczęły się wyprawy, których celem przestały być wyłącznie ryby. Wczesne wstawanie nie dlatego, że lepiej żeruje szczupak, lecz po to by zobaczyć dzicze kąpiele watahy regularnie przepływającej Odrę w drodze na żerowiska nad kanałami. Poranny wyścig na łowisko miał na celu zobaczenie ptaków i wody, której nie spłoszyła natarczywa obecność ludzi. Chlup! Cmok! Cmok! Woda pod wierzbą zagotowała się od kilkunastu ataków okoni. Drobnica rozsypała się w popłochu, kilka maleńkich rybek podskakuje na liściach grążeli... dość gadania. Pasiaste wilki na morderczym szlaku. Wpływają w kanałek niespodziewanie, nie wiadomo skąd i kiedy. Atakują półkolem zapędzając ławice drobiazgu pod brzeg i cmokają zawzięcie opychając się do woli. Teraz tylko umiejętnie je oszukać. Delikatny, mierzony rzut, tak dwa metry powyżej dennego garbu. Krótka chwila na opadnięcie ripperka i pełna napiętego oczekiwania chwila wleczenia gumiaka tuż przy dnie. Patyki i liczne racicznice przytrzymują przynętę powodując cudowne drżenie serca, ale przecież wiesz, to jeszcze nie to.

Właśnie teraz, powinien być tuż nad garbem, szczytówka leciutko do góry, pod wodą to musi wyglądać jak ostatni zryw ogłuszonej rybki... JEST!!! Wyraźne zassanie gumowej rybki, przesunięcie żyłki w bok i pulsujący, silny ciężar przeniósł się na twoje ręce. Szerokim ruchem wędki odciągasz rybę od łowiska, silny nurt nie pomaga. Okoń zrywa się do ucieczki w dziurę za garbikiem. Jest mocny i spory. Razem z kruchością jego pyska daje mu to szansę na wygraną. Delikatność sprzętu sprawia, że zahaczony jest zapewne tylko za skórę. Jeszcze jeden zryw, przyjemnie terkocze hamulec, ale czujesz, że już słabnie. Wędzisko do góry i wolno skręcasz żyłkę. Tuż pod powierzchnią mignął swymi wspaniałymi kolorami. Głęboka, ciemna zieleń, biel brzucha i szkarłat szeroko rozpostartych płetw piersiowych...te kolory zachwycać cię będą za każdym razem. Teraz jeszcze tylko wyuczony chwyt od dołu... źle wyuczony. Jednym, silnym ruchem ogona ryba zafundowała sobie wolność.

Następny rzut, następna chwila pełna nadziei. Głośny gwizd zza śluzy informuje, że Ludwik ma coś większego. Taka stara umowa, jak trzeba pomocy to wołamy przyjaciela. Kotwica w górę i jak najciszej spływasz na Odrę. Lutek na przywiązanym do zwalonej olchy pontonie klęczy z wygiętą w pałąk wędką. Słychać wizg hamulca. Wędzisko trzeszczy, Ludwik wrzeszczy, ty wytrzeszczasz gały. - Odczep mnie od tego cholernego drzewa! To chyba sumisko. Idzie na środek rzeki - ryczy Lutek starając się panować nad dociskiem hamulca. Na kołowrotku już tylko resztki plecionki. Zanim dopłyniesz do pontonu słyszysz suchy trzask, krótkie, męskie słowo i... cisza. Sum niczym pociąg wysnuł 150 metrów plecionki i odpłynął z godnością w odrzańskie tonie. Wspólny papieros, łyk wzmocnionej herbatki i drobiazgowa analiza ostatnich trzech minut. Do opasłego tomu anegdot ze śluzy dojdzie jeszcze jedna historia. Do ciągu wspomnień, jeszcze jedna wyprawa nad Rzekę, która darzona miłością, odpłaca z nawiązką zdarzeniami, obrazami, zapachem i kolorami... Za każdym majem inna, z każdą wyprawą bliższa i jeszcze bardziej pociągająca.Odra Zachodnia z labiryntem kanałów, z nieprzebraną rzeszą ptactwa, roślin, ryb. Zespół After Blues śpiewa w jednej ze swych piosenek taki tekst: „są takie miejsca, w których życia żal. To jest mój raj.” Ten tekst napisałem właśnie na Międzyodrzu. Jutro jadę tam, na swoją „jurkową” śluzę. Pierwsza wyprawa w tym roku. Czy będzie tak jak zawsze? Co zmieniło się przez minione miesiące? Już dziś cieszę się na myśl o tradycyjnym powitaniu tego miejsca. Stanę na drodze z Moczył do Kamieńca i patrząc na panoramę tej części Międzyodrza przywitam Jurka, Lutka, wszystkich Przyjaciół, ptaki, rośliny i zwierzęta...dziękując Im za każdą spędzoną tu chwilę.





 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz